Ciężkie dni


Pewnie każdy z Was miewa dni, gdy od samego rana przepełnia irytacja, z pracy wychodzi się z pełną głową, a jedynym marzeniem jest przebiec kilkaset metrów, chwycić w końcu za sztangę i się wyłączyć, a raczej przełączyć na tryb machiny. Niestety jestem człowiekiem, w którego każdy stres uderza bardzo mocno, a takie niespokojne dni potrafią kompletnie wybić mnie z uderzenia na wiele, wiele godzin. Bywa, że moja głowa buszuje jeszcze po negatywnych zakamarkach wyobraźni wspominając cały dzień i choć mam przed sobą ukochany gryf nie potrafię włączyć potrzebnego skupienia, nic nie wychodzi jak powinno. Nie lubię takich dni, walczę wówczas ze sobą, czuję, że stać mnie na więcej, a jednocześnie widzę jak popełniam podstawowe, szkolne błędy. Zdaję sobie sprawę, że taka jest naturalna kolej rzeczy, nie można być cały czas na 100%, jednak blokady w głowie, które się wtedy tworzą bardzo mnie frustrują.

Dziś na tapecie 15 minut na znalezienie 1 ciężkiego power snatcha. Jest 35 kg, chociaż już przy 32,5 kg czułam lekkie zwątpienie. Zakładam 37,5 kg. Nic. Dość wysoki pull i koniec. Nagle cała pewność swoich możliwości rozmywa się jak poranna mgła. Schodzę z powrotem do 35 kg. Jest rep, ale okrutnie brzydki, krzywy, zachwiany, nawet poczułam ukłucie w plecach. I dalej koniec. Ani jednego powtórzenia, wszystkie zakończone gdzieś przy biodrze. Nie jest to ciężar, który powinien sprawiać mi problem, przecież byłam go w stanie wyrwać dobry rok temu, a zrobiłam w międzyczasie takie postępy.  Następne kilka minut bardziej modlę się nad sztangą niż faktycznie próbuję ją wyrwać. Narasta irytacja na siebie i swoje zahamowania. Przecież dopiero co kilka dni temu byłam z siebie tak zadowolona, bo złapałam rytm i udało mi się zrobić kilka powtórzeń hang snatcha 30 kg w ciągu jednej sesji (30 kg to moja mentalna bariera jeśli chodzi o rwanie do siadu). Wiem, że frustracja w niczym nie pomoże, że kluczem do sukcesu jest przejście nad takimi wydarzeniami do porządku dziennego i dalsza ciężka praca pomimo nawet i najgorszego samopoczucia. Mówią, że to właśnie w takie dni rodzi się charakter. Że trzeba umieć znosić porażki i wyciągać z nich wnioski zamiast topić się w swoich emocjach.
Dlatego mimo okropnego samopoczucia, po treningu chwyciłam za kółka, gumę, drążek i walczyłam z moją gimnastyką jak przez większość dni w ciągu ostatnich trzech tygodni. Nie był to mój dzień, nie pobiłam żadnego rekordu, nie zgrzeszyłam ładną techniką. Ale nawet tak zły dzień nie przeszkadza w tej najczarniejszej robocie, tej, w której nie trzeba myśleć tylko mozolnie ciułać po kolei każdy rep, żeby przybliżyć się do celu, który widnieje gdzieś tam w oddali na horyzoncie.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Cierpliwość