Mental game
Temat przewodni w mojej "karierze" sportowej to tzw. mental game. Jestem dobra, nawet bardzo dobra, w mówieniu sobie w trakcie najbardziej okropnego WODa, kiedy mam ochotę co najwyżej przyozdobić podłogę wymiocinami, że nie mogę się zatrzymać i że nie odpuszczę. Tutaj moja głowa zwykle nie zawodzi. Problem pojawia się, gdy widzę KILOGRAMY.
Jestem jedną z tych osób, której nie powinno pokazywać się ile krążków znajduje się na gryfie. Jestem przekonana, że gdybym nie wiedziała ile podnoszę, wiele z moich spalonych prób zakończyłoby się sukcesem. Mało tego, nie są to próby nieudane o włos. To sytuacje, gdy nie jestem w stanie zrobić nawet pierwszej fazy ruchu tylko dlatego, że przy każdym z ćwiczeń mam w głowę zakodowaną wagę graniczną, po dojściu do której zaczynają się schody, w głowie buduje się bariera i koniec.
Wczoraj był idealny przykład na to jak bardzo przez to tracę. Do znalezienia w 15 minut ciężki clean. W ciągu 8 pierwszych minut doszłam do 50 kg, mojego PR-a ze stycznia. Był to PR w clean & jerk, podejrzewam, że już wtedy było mnie stać na większego cleana. 50 kg wczoraj weszło jak w masło, tak łatwo, że aż sama się zdziwiłam. Przez te wszystkie miesiące nie wchodziłam na więcej niż 45 kg, przy czym był to ciężar bezpieczny, zaliczany zawsze. Już przy 50-tce poczułam jednak lekkie zawahanie, a sztangę zarzuciłam tak łatwo pewnie dlatego, że nie miałam czasu się zastanawiać, gdy akurat podszedł do mnie trener i chciał, żebym wykonała powtórzenie. Założyłam 55 kg i zaczęły się schody. Absolutnie mam siłę na zarzucenie tego ciężaru, ale ściana w głowie jest silniejsza niż moje mięśnie. Zeszłam do 52,5 kg. Przez całe 7 minut bardziej modliłam się nad gryfem niż cokolwiek innego. Nie były to nieudane powtórzenia z gatunku "prawie". Nie byłam w stanie nawet wyciągnąć ciężaru w górę. Nie wiedziałam już co ze sobą zrobić, jak się odblokować, gdy znowu, dosłownie w ostatnich sekundach, podszedł trener i powiedział bardzo prostą rzecz. Wyobraź sobie, zwizualizuj, że to podnosisz. 3, 2, 1, go. Poszło. Bo znowu nie zdążyłam za dużo pomyśleć tylko przeszłam do działania.
Jaki wniosek? Muszę więcej ćwiczyć na ciężarach zbliżonych do maksymalnego, inaczej nie pokonam tej bariery, tej ściany, którą sama sobie tworzę.
Inna ściana, z którą walczę to stanie na rękach, ale o tym kiedy indziej...
Jestem jedną z tych osób, której nie powinno pokazywać się ile krążków znajduje się na gryfie. Jestem przekonana, że gdybym nie wiedziała ile podnoszę, wiele z moich spalonych prób zakończyłoby się sukcesem. Mało tego, nie są to próby nieudane o włos. To sytuacje, gdy nie jestem w stanie zrobić nawet pierwszej fazy ruchu tylko dlatego, że przy każdym z ćwiczeń mam w głowę zakodowaną wagę graniczną, po dojściu do której zaczynają się schody, w głowie buduje się bariera i koniec.
Wczoraj był idealny przykład na to jak bardzo przez to tracę. Do znalezienia w 15 minut ciężki clean. W ciągu 8 pierwszych minut doszłam do 50 kg, mojego PR-a ze stycznia. Był to PR w clean & jerk, podejrzewam, że już wtedy było mnie stać na większego cleana. 50 kg wczoraj weszło jak w masło, tak łatwo, że aż sama się zdziwiłam. Przez te wszystkie miesiące nie wchodziłam na więcej niż 45 kg, przy czym był to ciężar bezpieczny, zaliczany zawsze. Już przy 50-tce poczułam jednak lekkie zawahanie, a sztangę zarzuciłam tak łatwo pewnie dlatego, że nie miałam czasu się zastanawiać, gdy akurat podszedł do mnie trener i chciał, żebym wykonała powtórzenie. Założyłam 55 kg i zaczęły się schody. Absolutnie mam siłę na zarzucenie tego ciężaru, ale ściana w głowie jest silniejsza niż moje mięśnie. Zeszłam do 52,5 kg. Przez całe 7 minut bardziej modliłam się nad gryfem niż cokolwiek innego. Nie były to nieudane powtórzenia z gatunku "prawie". Nie byłam w stanie nawet wyciągnąć ciężaru w górę. Nie wiedziałam już co ze sobą zrobić, jak się odblokować, gdy znowu, dosłownie w ostatnich sekundach, podszedł trener i powiedział bardzo prostą rzecz. Wyobraź sobie, zwizualizuj, że to podnosisz. 3, 2, 1, go. Poszło. Bo znowu nie zdążyłam za dużo pomyśleć tylko przeszłam do działania.
Jaki wniosek? Muszę więcej ćwiczyć na ciężarach zbliżonych do maksymalnego, inaczej nie pokonam tej bariery, tej ściany, którą sama sobie tworzę.
Inna ściana, z którą walczę to stanie na rękach, ale o tym kiedy indziej...
Komentarze
Prześlij komentarz